Z pamiętnika wczasowiczki w Bagdadzie

Z pamiętnika wczasowiczki w Bagdadzie

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Wakacje się skończyły ale moje dopiero się zaczęły! Wczoraj przylecieliśmy do mojego rodzinnego domu, już nawet nie pamiętam ile lat minęło od mojej ostatniej wizyty… Stwierdziliśmy, że sposób w jaki odbieram Bagdad jest nadal dość tubylczy dlatego relacje z kulinarnych, społecznych i kulturowych przygód będzie wam zdawać Marta. Będziemy się starać opisywać co i większe doświadczenia na bierząco. W takim razie oddaje głos do studia, Marta, mikrofon należy do Ciebie :)

Dzień 1
Pierwsze wrażenie? Inaczej niż myślałam, inaczej niż mnie niektórzy straszyli że będzie. Nie ma pustyni, Arabów na wielbłądach i kebabów… Przynajmniej tych ze śmierdzących polskich budek. Jest za to ciepło, może nie ciepło tylko gorąco, upał, ukrop, piekarnik, bardziej obrazowo nie potrafię…45C w cieniu. Pośród słonecznej powodzi słychać tylko wszechobecne trąbienie na ulicach, nie ma znaków na drogach, każdy jeździ jak chce, a kierunkowskazów używa się raczej do zabawy kiedy nudzisz się stojąc w korkach. Korki… Żyjąc w Warszawie słyszy się wręcz legendy o strasznych i męczących stołecznych korkach, ale gdybyście stanęli w korku w Bagdadzie, docenilibyście każde światła, każdego drogowca i każdą minutę tam spędzoną! Średnia prędkość poruszania się po mieście wynosi zapewne jakieś 10km/h w takim słońcu, musisz się zaprzyjaźnić z klimatyzacją jeśli nie to zamieniasz się w dobrze wypieczony schab. Czyli wiemy, że jest gorąco, są korki, do tego miasto jest zniszczone, nie ma co się oszukiwać, lata wojny i inwazji dały się we znaki. Pełno gruzów i śmieci, nie ma służb oczyszczających miasto i czyszczących drogi. Drogi, kolejny temat rzeka… drogi są, a raczej ich szczątki są resztkami dość skromnymi resztkami…Wybudowane w latach 70′ i do tej pory nie remontowane, o chodnikach możesz pomarzyć, warszawska Masa Krytyczna miałaby tutaj dużo roboty ;)

3

W warzywniaku masz wybór 7 warzyw i 7 owoców, lokalnych i pachnących słońcem, bez folii, plastykowych opakowań czy skrzypiących koszyków na zakupy. Krótko i na temat.

Kołując na lotnisku w Bagdadzie słyszę od Ouca’a niezliczone historie, jedna z ich, że na tym lotnisku zginęło 6000 żołnierzy podczas nalotów na Bgdad… że podczas wojny większość jego kumpli zginęła, a reszta uciekała przed wojną tak jak on. Wyobraźnia zaczyna działać i ta wiadomość po ludzku boli i uwiera. Amerykańska wolność i demokracja tutaj wygląda inaczej, a raczej opływa krwią zabitych.
Jadąc przez green zone mijamy tysiące plakatów przyklejonych tuż za barierkami głównej drogi, które pokazują zdjęcia żołnierzy, którzy zginęli w walkach z ISIS, świeża sprawa… Jeszcze bardziej boli i bardziej uwiera…Stojąc w korkach, mam okazję dokładnie przyjrzeć się ich twarzom, jakoś odchodzi ochota na świętowanie i cieszenie się… czymkolwiek. Długa ta droga, za dużo tych spojrzeń… kilometry spojrzeń.
Dom, ciepło rodzinne i radocha z wnuka, szczęście jakie nasz wyjazd sprawił jest budująca i cieszy, tak bardzo cieszy! Po obejrzeniu smutnych zgliszczy i trudu ludzi starających się odbudować swoje własne podwórka, cieżko przypomnieć sobie dlaczego tak bardzo nażekam w Polsce. Już nie pamiętam… Bo dziura w drodzę? hmm ale za to jest droga! Bo spaliła się żarówka? Ale przynajmiej mam stały dostęp do prądu! Niech się te żarówki palą, nie mam im już tego za złe.

Było zwijanie dolme (arabskie gołąbki), wspólne gotowanie i ucztowanie przy prostych daniach. Dla nich prostych :) Dla mnie dolme to uczta warta więcej niż obiad u Amaro. Wszystko pełne smaku i przypraw. Babaghanush, sałatka z bakłażana, chlebek z ciasta filo. Opowiadają, że sąsiad właśnie zerwał daktyle i przyniósł się podzielić, a drugi upiekł kurczaka w piecu tandoori (który ma na podwórku!). Nasza palma będzie ogołacana za kilka dni i też się podzielimy. Jakie to proste… A jakie niewyobrażalne w Warszawie. Tak po prostu się podzielić jedzeniem z sąsiadem. Jedzenie to podwalina, kamień węgielny tej kultury, fundamenty, na których stoi wszystko.

Nie ma tu miejsca na bezglutenowe bułki, koktajle z jagodami goji, naleśniki z mąki kasztanowej czy inne superfood. Tutaj rodzina i przyjaciele są super i mogą skuteczniej wyleczyć z każdej przypadłość, na ból głowy polecana jest kolacja w rodzinnym gronie, na bolące gardło, gorąca herbata z Mamą.
Wiecie co, już nigdy nie będę narzekać, nie mam na co, chyba że na brak takich spotkań i rozmów po powrocie…

 

Dzień 2

Pierwsze wizyty u przyjaciół i rodziny za nami! Było duuużo jedzenie i odmówiene czegokolwiek graniczy z cudem. Takie polskie babcie x 100 :) Grilowana ryba …. jest obłędna, ten posmak dymu i chrupiące kawałki są genialne! Nie przepadam za rybami ale ta jest innym poziomem ryby ;) Siedzieliśmy na podłodze na specjalnych materacach i jedliśmy wszystkie te pyszności z obrusu położonego na podłodze.  Czerwony ryż z pomidorami, domowej roboty marynowane oliwki, proste sałatki, ryba i kebab – nie taki jak znamy w Polsce, będę wrzucała zdjęcia na Instagram……., to zobaczycie o czym mówię.

Przyjaciele są tu częścią rodziny, tacy przyszywani bracia i siostry. Jeśli potrzebujesz ich pomocy w czymkolwiek lub powiesz, tak jak ja, że np. lubię arabskie jedzenie, to za 2 min miałam już zaplanowaną wycieczkę po najlepszych knajpach street food w mieście :o tak też się stało wczoraj wieczorem z Ouca najlepszym pszyjacielem, który jako jedyny jest nadal w Bagdadzie. Opowiadał jak było na studiach, tuż przed wojną. Brzmi to jak legenda, ‚dawno dawno temu, za górami za lasami, żyli szczęśliwi ludzi…’ wszyscy wspominają jak było kiedyś, jakim pięknym miastem był Bagdad i jak bezpiecznym, jak mieszkańcy mogli poruszać się bez stania w korkach przed check point-ami. Saddam stał na czele reżimu, to bez dyskusji ale ludzie byli bezpieczni, miasto było bezpieczne i Irak rozwijał się, nowe drogi, piękne budynki. Po inwazji amerykańskiej wszystko się skończyło i reżim i bezpieczeństwo. Wykształceni ludzie, artyści, lekarze i najlepsi i architekci wyjechali w poszukiwaniu bezpiecznej przystani. Krajem kieruje banda ‚polityków’, którzy notorycznie okradają kraj z każdego dolara. 151 miliardów dolarów, to budżet kraju z przed 2 lat (przed atakami ISIS, teraz jest mniejszy, bo ISIS kradnie ropę, a co za tym idzie kraj nie ma pieniędzy), który jest dystrybuowany pomiędzy polityków. Dla porównania to budżet 5 krajów sąsiedzkich Iraku…porażające. Może dośc już o polityce, bo w każdym zakątku świata polityka wywołuje mniejsze lub większe konwulsje…

A kulinarnie, kulinarnie zaczęliśmy od domowego jedzenia. Od 2 dni opycham się dolme, litrami hummusu, babaghanush i ryżemxwe wszystkich kolorach tęczy, do tego daktyle dużo daktyli. Wszystkie zdjęcia na Instagramie.

 

Dzień 3
Tyle się dzisiaj działo, że nie wiem od czego zacząć.
Może od tego co mnie najbardziej zadziwiło. Słyszałam od Ouca, że ich tradycyjną przekąską do herbaty jest arbuz z serem (coś jak krucha feta) i z chlebem (pita). Czy to nie brzmi dziwnie… Nie do końca wierzyłam w smaczność i sens tego kombo. No bo jak? Dzisiaj miałam okazję tego spróbowałać i powiem tak, to połączenie o dziwo, jest genialne! Idealne smaki i tekstury. Jest tak smaczne jak dziwne :)

Kolejne wizyty u rodziny i kolejne tony jedzenia. Ryba, tym razem karp, upieczona w piecu tanoor. Przypomina to indyjski tandoor ale diabeł tkwi w szczegółach. Pieczonie jest na zasadach low and slow czyli niska temperatura i długi czas pieczenia. Teściowie brata Ouca maja taki piec w ogrodzie. Był kurczak, ryba, pomidory i osmalona cebula z pieca. Na samą wieść o delikatesach serwowanych z tego pieca ciekła mi ślinka dlatego postanowiłam zrobić sobie dużo miejsca żołądku i zjeść mały obiad aby na kolację sobie więcej pozwolić. Chyba sensowne, prawda? Ouce jednak zapomniał mi powiedzieć o tradycyjnych pogawędkach – jeśli można je tak nazwać, zazwyczaj trwających 2-3h przed podaniem posiłku… Wszyscy w dobre sobie gadali (dodam, że nie znam arabskiego), a ja starałam się uciszyć burczenie w brzuchu :) wszystkie orzeszki zostały wymiecione przeze mnie ze stołu, co zapewne rozbawiło towarzystwo ale mój głód dawał się we znaki. Dodam, że z pieca unosił się zapach pieczonego kurczaka, więc ślina sama napływała do buzi :)
W końcu na stół trafiły wszystkie potrawy, było tabbuleh, hummus, sałatki, udziwnione babaghanush i co mnie zaskoczyło świeże ziola podane na gałązkach – nie siekane. Uważa się, że ziola są na tyle delikatne, że siekanie ich zabiera im smak i przede wszystkim świeżość, i słusznie! Siedziałam za taką kupką bazylki starając się ukryć ilość jedzenia jaką pochłaniałam :) jeśli jestem w czymś zachłanna, to będzie to jedzenie :)
Będąc gospodarzem na takiej kolacji każdy w rodzinie ma wyznaczone role. Pan domu rozcina kurczaka i rybę, pilnuje aby wszyscy mieli pełne talerze i sowicie dokłada każdemu mięsiwa. Dzieci są w gorszej sytuacji, bo ich rolą jest donoszenie potraw, dolewanie wody, sprzątanie talerzy, dopiero wtedy mogą sobie nałożyć i coś zjeść. Pani domu zazwyczaj przez długie godziny przygotowuje te potrawy, więc na kolacji już tylko czuwa czy goście niczego nie potrzebują.
Po takim posiłku przyszedł czas na herbatę, też z grila! Tak, wodę też na takich przyjęciach gotuje się na węglach, to jest wręcz rytuał! Herbata przechodzi dymnym aromatem drzewa oliwnego. O kurczaku, który był pieczony z garścią świeżych daktyli nie wspomnę, to było jak magia! Drewno oliwne ma charakterystyczny zapach, który można później wyczuć w każdym kęsie.

Uczta trwała do późna, wracając do domu, Ouce opowiadał mi jak wyglądała jego okolica podczas wojny. Jakich okrucieństw doświadczali ludzie z rąk alqaidy. Przejeżdżając obok pustego pola ogrodzonego siatkami i drutem kolczastym, spytałam co to. Ouce mówi, że kiedyś było tu lokalne boisko dla dzieciaków, grał tam codziennie w piłkę w dzieciństwie i wykłócał się z chłopakami która drużyna jest najlepsza. Później alqaida zrobiła z tego miejsce pole egzekucji, zabijali tam dziesiątki ludzi dziennie, wyciągając wszystkich mężczyzn i chłopców, których znaleźli, dom po domu… Od tego momentu nikt nie chce chodzić po tej ziemi, za dużo krwi się tam wylało. Od lat nikt nie przestąpił bramy tego miejsca. Pustka i cisza wokół tego miejsca jest tak przeszywająca, że łzy same napływają do oczu… Czeka mnie ciężka noc…
Ouce wyjechał z Iraku po porwaniu. Nie chcę zagłębiać się w szczegóły. Spytałam się go dlaczego tak beznamiętnie o tym opowiada, jakby mówił o głupij bójce z dzieciństwa. Jego historia jest dosłownie niczym w porównaniu z historiami jego sąsiadów i przyjaciół… Przejeżdżamy kolejno obok domów w okolicy i słyszę historie każdej z rodzin tam mieszkających. Tutaj zabili 3 synów i ojca, tutaj jeden przeżył, bo kula TYLKO przeszła blisko skroni wyłuskując oczy i nasadę nosa, przeżył ale słyszał jak zabijają jego całą rodzinę… A w tym domu wyciągnęli wszystkich na ulicę i zastrzelili na chodniku. Po usłyszeniu takich historii zwykle porwanie z torturami brzmi rzeczywiście jak spacer po łące…

 

Dzień 4

pickerimage-3
Wieczorne grille są tutaj codziennym rytuałem. To nic specjalnego, bez wielkich przygotowań, bez planowania i zakupów. Każda lodówka skrywa w sobie zapasy dla pułku wojska. Można szybko coś wrzucić na ruszt i jeszcze szybciej zjeść. W każdym garażu znajdziesz worki węgla na grilla i wielu chętnych aby go sprawnie rozpalić. Przyjaciele wpadają bez zapowiedzi, bez wpisywania się w grafik i umawiania spotkania 2 tygodnie przed datą. Gwar i biesiada trwają do późnej nocy, zaczyna się dość późno, bo o 22. O tej godzinie w Polsce przekręcam się już na drugi bok :)
Jest to tutaj tak naturalne, że aż nierzeczywiste. Każdy wie co, kiedy i jak ma robić. Nie ma rozdzielania ról, jest szybka mrówcza praca aby za chwilę usiąść, zjeść i pogadać. Pogadać, no tak, przy okazji wyszły braki mojej wiedzy nt gospodarki czy historii Polski. Ludzie są tu tak ciekawi i chcą znać wszystkie szczegóły, jaki jest budżet kraju, jaka powierzchnia i czy to prawda, że nasz rząd chce narzucić katolicki „szariat”. Tuż po tym stwierdzeniu dostałam długie wytłumaczenie o szkodliwości tego systemu i… Głupocie pomysłu w każdym kraju chcącym to narzucić. Nie spodziewałam się takiej opinii, myślałam, że taki system jest zgodny z wolą tutejszego społeczeństwa… A tu zonk! Kolejnym było moje przekonanie i współczucie tak strasznego zniszczenia Bagdadu. Tutaj choć wszyscy chcieliby mieć nowe drogi, stały dostęp do prądu i wody, to nie spędza im to snu z powiek. Nauczyli się z tym żyć i rozwiązywać te nieudogodnienia, to nie jest żaden problem. Problemem jest to iż wojna zniszczyła społeczeństwo, zginęli wykształceni ludzi, ci którzy mogliby mądrze poprowadzić i odbudować kraj. W rządzie siedzą „politycy”, którzy nawet nie skończyli podstawówki i jedynym ich celem jest napchać sobie kieszenie miliardami dolarów z budżetu państwa. Nasz CBŚ musiałby wsadzić cały rząd wliczając w to opozycję i partię rządzącą. Dodam, że każdy taki dyplomatołek ma swoją własną milicję, mając tyle na sumieniu nie dziwią korowody ichniejszych prywatnych BORowików przejeżdżających ulicami. Wkurza to jeszcze bardziej, iż poza niewielkimi pensjami pracowników państwowych reszta pieniędzy z budżetu wyparowuje w bliżej nieokreślonych okolicznościach. Krew zalewa człowieka słysząc takie rzeczy!
Przechodząc płynnie do jedzenia, a raczej zajadania smutków. Kliecze, to takie ciasteczka z kruchego ciasta z nadzieniem daktylowymi z kardamonem lub cynamonem. Podawane zazwyczaj na ciepło do herbaty lub zamrożone dla ochłody! W obu wersjach pycha!
Poprosiłam do tego herbatę bez cukru, spojrzenie jakim zostałam obdarzona w odpowiedzi było zupełnie jak gdybym poprosiła o  stek z hipopotama :)

 

Dzień 5-6

Życie towarzyskie, znane wszystkim ale najbardziej rozwinięte i naturalne z jakim się spotkałam jest tutaj. To jest najważniejsza rzecz za jaką tęsknią imigranci i dla której wracają z ‚lepszych’ krajów. Pieniądze, bezpieczna przystań nie wykupią tęsknoty za rodziną i niekończącomi się rozmowami do białego rana. Poznałam wczoraj kilka osób, mówiących po angielsku, nowoczesnych młodych ludzi, którzy są obyci i zwiedzili kawałek świata. Jedna z nich wraca regularnie do Bagdadu z USA, kolejna pomimo możliwości wyjazdu i ofert pracy nie chce zostawić kraju, inne może by i spróbowały ale na pewno nie teraz, bo po co opuszczać rodzinę i przyjaciół – wszyscy są razem, więc po co to zmieniać.

Jadąc na te wakacje wzięłam kilka książek aby poczytać i odpocząć w wolnym czasie. Dużo wujków, dziadkowie, więc chciałam nadrobić kilka lektur, zamknąć się w pokoju lub usiąść w ogrodzie i zaczytać się w ciszy. Odpoczynek w samotności jest tu czymś niezrozumiałym. Jeśli odpoczywać to tylko w towarzystwie rodziny. Wspólne śmianie się, gotowanie i przede wszystkim jedzenie jest najlepszą formą resetu głowy i słodkiego lenistwa. Tutaj smotność jest najbardziej stresogennym czynnikiem…chyba odkryłam w sobie jakieś arabskie korzenie, bo dobrze mi tak, tak po prostu dobrze… Idę na grilla, do usłyczenia!

 

Dzień 7
Już minął półmetek naszych wakacji i oswoiłam się tutejszymi widokami i zwyczajami. Spróbowaliśmy wiele humusów i falafeli, nigdy razem, bo tutaj to dwie różne rzeczy. Humus jest częścią mezze, tak jak babaghanush, sałatki i pikle, a falafel to typowy streetfood, na dostojnym obiedzie raczej się go nie dostanie. Ouce opowiadał mi wiele razy, że humus, który pamięta z domu jest zupełnie inny niż ten, który znamy w Polsce, ma inną teksturę, taką której nie da się podrobić. Na początku myśleliśmy, że to jest kwestia blendera, później sposobu moczenia cieciorki ale tu też nie mogliśmy dojść do perfekcyjnej aksamitności. Kiedy pierwszy raz spróbowałam humusu w Bagdadzie, w końcu zrozumiałam o czym mówił Ouce! Pasta jest tak gładka, wręcz podobna do konsystencji mascarpone. Coś zupełnie innego i w smaku i w gładkości.
Falafel, tak jak pisał wam Ouce w poście różni się zależnie od kraju pochodzenia. Tutaj jedyną kanapką jaką można dostać jest falafel z sosem amba. Raz udało mi się wynegocjować kanapkę bez sosu, ale nie było to łatwe. To jak herbata bez cukru…  Amba, czyli sos z piklowanego mango ma bardzo intensywny smak, który nie przypadł mi do gustu. Za to cała reszta! Klękajcie narody! świeżutki chleb, inny niż nasz serwowany w Warszawie; prosta sałatka z ogórkiem i pomidorem i… W sumie to już. Niektóre miejsca maja jeszcze pikle, smażony bakłażan i frytki…tak frytki!!! To jakaś nowoczesna profanacja! Nie ma sosu tahini, ostrej papryczki, granatu. Skromnie i pysznie!
Na przeciwko domu Ouca jest maleńki punkt z falafelem, można się zakraść o każdej porze nocy i wrzucić coś na ząb. Tak nocy, bo w ciągu dnia jest zbyt gorąco aby ruszyć nawet palcem u stopy…
Po tygodniu obserwowania miasta w końcu zaczęłam dostrzegać jego piękno i architekturę. Przykryte kurzem, śmieciami i sklepikami z chińskimi klapkami. Piękne domy czające się za wysokimi murami czekają na lepsze czasy aby olśnić przechodniów swoim majestatem. W innych dzielnicach jest gorzej, bieda i dysproporcje są porażające.  Bogaci politycy żerujący na państwie, żyją nad rzeką Tygrys, prywatne plaże, narty wodne, zastępy prywatnego wojska, najlepsze samochody, a w dzielnicy obok ludzie nie maja dostępu do wody i prądu. Takiego kontrastu nie widziałam nigdy. Teraz pomyślcie, że latem kiedy jest około 50C ci ludzie nie mają prądu i wody, o luksusie klimatyzacji nie wspomnę… Jest dużo żebraków, starców ale też dzieci, dzieci które mają bardzo dorosłe oczy…

 

Dzień 8

Wiele rzeczy mnie tu zadziwia, takich jak kompletny chaos na ulicach, brak prawa i ogólne ‘róbta co chceta’… to powiedzenie jest dobre tylko w teorii, w praktyce, to prawdziwa katastrofa. Nie ma znaków drogowych, pasów, widziałam kilka świateł ale nikt dosłownie, nikt się do nich nie stosuje, one sobie, a ludzie sobie :) dawno się tak nie stresowałam jeżdżąc (jako pasażer) po ulicach.

Knajpy, sklepy, przydrożne albo raczej chodnikowe stoiska z chińskimi klapkami są wszędzie, nawet na środku drogi, kable zwisają z każdego okna, słupa, drzwi i drzewa jak pajęczyna- są wszędzie, jakby żyły tu pająki gianty… mam wrażenie, że te słupy są takim niechlubnym powojennym symbolem Bagdadu. Oplatają całe miasto i trzymają przed ostatecznym rozpadem, to tacy symboliczni mieszkańcy, sprawiają, że miasto pomimo braku fuduszy i rozkradania kraju przez polityków nadal tętni życiem i trzyma się, może na chwiejących się nogach ale nadal stoi.

 

Dzień 9-10

Kolejne spotkania za nami. Jest tak miło, że aż ciężko mi w to uwierzyć. Osoby, które spotkałam pierwszy raz w życią dają mi wiarę w ludzkość… Gościnnośc jest na innym poziomie. Nie raz się słyszy o polskiej gościnności. Może i kiedyś ona była częścią naszej kultury ale ja jej nigdy nie zaznałam. Po tutejszych doświadczeniach to słowo nabrało innego wymiaru, to jakby inna rzeczywistość. Stoły dosłownie uginające się od pyszności, przygotowania do takiej kolacji trwają conajmniej 1-2 dni. Nie przesadzam pisząc o 2 dniach, bo potrawy iracie są bardzo pracochłonne, to nie jest proste jak zrobienie makaronu z sosem. To są długie godziny spędzone na lepeiniu kibbe, zwijaniu mikroskopijnych dolme, marynowaniu mięsa czy obieraniu migdałów (! tak, obieraniu migdałów!). Nabiera się ogromnego szacunku do pracy tych ludzi, do czasu, który poświęcili na ugoszczenie cię i miłości, którą włożyli w przygotowania. Nie wspominając o kosztach, bo jedzenie jest tu dużo droższe niż w Warszawie. Wypad do restauracji na pizzę, jakieś 2x droższy niż u nas, o tradycyjnych restauracjach nie wspomnę.

Uliczne knajpki są głośne, pełne ludzi, muzyki, szumu klimatyzatorów. Nie należą do najczystszych ale serwują genialne jedzenie. Restauracje w niczym nie ustępują naszym, są nowoczesne, czyste, kelnerzy są na każde skinienie. Różne kuchnie, od włoskich po amerykańskie. Niestety  dużo jest miejsc ze śmieciowym jedzeniem, okropny zapach frytury przepełnia ulice. Niestety tych fast foodów jest więcej. Trzeba wiedzieć gdzie są te najlepsze kulinarne perełki.

 

Dzień 11

Mając dziecko zmienia się cała perspektywa świata. To nie są jakieś puste frazesy tylko fakt. Rodzice mi zapewne teraz przytakną. Priorytety się zmieniają i potrzeby, również w podróży. Knajpy wybiera się już pod innym kątem, muszą być przyjazne dzieciom. Tak właśnie robię w Polsce.  Tutaj wygląda to zupełnie inaczej, każda knajpa, restauracja, sklep czy budka z flafelem jest child friendly. Tu nie patrzy się na dziecko jako potencjalnie płaczącego histeryka. Każdy kelner, kucharz czy sprzedawca z miłą chęcia potrzyma bobasa i pomoże kiedy szukasz portfela w torebce, lub uspokoi i przytuli płaczącego bobasa. Dzieci są tutaj dobrem powszechnym i nadzieją na lepsze jutro. Każdy, niezależnie od wieku kocha i potrafi się obchodzić w dobry sposób z dzieckiem w każdym wieku. Dzieciaki bawią się ze sobą jakoś tak spokojniej i bardziej naturalnie, mamy nie rywalizują i nie mątrzą się jak powinno się wychowywać dzieci. W wielopokoleniowych domach wychowują się dzieciaki z kilku rodzin, do tego sąsiedzka ferajna i pełna chata gotowa. Nikt nie śleczy nad nimi, inne starsze dzieci się tym zajmują i potrzebują żadnej pomocy. A my na kawę…do usłyszenia!

 

Dzień 12-14

Cały nasz wyjazd był nastawiony na wesele Ouca brata. I powiem wam, działo się! :) Choć arabskie wesela różnią się od polskich, to standardowe elementy się nie zmieniły – była biała suknia, był tort weselny i dużo gości. Przed wyjazdem główkowałam jaką sukienkę kupić i wybór padł na skromną i prostą sukienkę. Jakie było moje zdziwienie kiedy zobaczyłam w jakich sukniach przyszły inne dziewczyny… wyglądałam przy nich jak mysz :) koronki, tiule, jedwab, dekolty, cekiny, treny i dużo złotej biżuterii, do tego bardzo mocny makijaż i koniecznie pomalowane usta. Jestem zwolenniczką naturalnego wglądu, nie było to do końca dla nich zrozumiałe :)

Przyjęcie weselne jest dużo krótsze, zaledwie kilka godzin, za to wypełnione jest tańcami, tradycyjną muzyką i niekończońcymi się rozmowami. Tradycyjne przekazywanie złota pannie młodej, piękne i teatralne!  Jedzenie, o dziwo, nie jest tutaj centralnym punktem zainteresowania, zaledwie jedno danie główne i już :) Przed 10 impreza była skończona, a młodzi w asyscie przyjaciół i rodziny zostali z wielkim hukiem odprowadzeni do hotelu. Trąbienie, śpiewy, krzyki, głośna muzyka – cały korowód podążał ulicami Bagdadu.

Było głośno, nawet bardzo, nie do końca wiedziałam jak się w tym wszystkim odnaleźć ale przyjaciele Ouca zawsze czuwali nad naszym dobrym samopoczuciem. To była przygoda :)

2

 

4 komentarzy

Odpowiedz na „~JoannaAnuluj komentarz


0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×